Skąd na terenie naszego domu kultury wziął się Dirt Park, kto wpadł na ten pomysł i kiedy zaczął go realizować? Czy ten sport jest tak niebezpieczny, na jaki wygląda? Okazuje się, że w naszej miejscowości można znaleźć mistrzów latania.
Początki
Zaczęło się od pokazu, zorganizowanego specjalnie z okazji Wyścigu Kolarskiego o Puchar Wójta Gminy Czernica w 2009 roku. Maciej Małas, pomysłodawca całego przedsięwzięcia, wspólnie z pasjonatami takimi jak on, sami zbudowali konstrukcję, na której odbył się wtedy pokaz. Na tę konstrukcję składały się dwie hopy, czyli usypane z ziemi skocznie, oraz drewniany zjazd o znacznej wysokości. I tak, jak sami zbudowali całość, sami też wykonali na niej szereg ciekawych akrobacji i lotów. Zgodę na budowę wydał sołtys, Jarosław Jagielski. W samej budowie bardzo pomocni byli Paweł Buczak i Daniel Michalski.
Dla Maćka przygoda z tym sportem zaczęła się kilka lat wcześniej, kiedy zobaczył grupkę dirt jumperów z Wrocławia, którzy swoje akrobacje wykonywali w przejściach podziemnych i na schodach na terenie miasta. Początki wyglądały skromnie, jego polem działań były las, góry i wzniesienia, a także, na przykładzie wrocławskich kolegów, schody. Jak sam mówi, nie miało to jeszcze wiele wspólnego z dirt jumpingiem. Sytuacja zmieniła się, kiedy poznał Mateusza Latacza z Jelcza-Laskowic. Do tej pory wspólnie trenują, uczą się nowych manewrów i jeżdżą na zawody. Mateusz miał też swój duży udział w powstawaniu Dirt Parku w Ratowicach i nadal się nim zajmuje.
Wspólna praca, wspólna rozrywka
Ale nie tylko oni biorą czynny udział w życiu tego miejsca. Mieszkańcy Ratowic – Wojtek Dancewicz i Kuba Dydyński – którzy załapali bakcyla latania, także. Wszyscy dbają o to miejsce, o jego sprawne funkcjonowanie, ale też o porządek (zainstalowany jest tam kosz na śmieci), by cały Dirt Park prezentował się dobrze w oczach mieszkańców i zawodników, którzy tu przyjeżdżają. Swojej pomocy udziela też dziewczyna Maćka, Paula.


Dzięki ich wspólnej, bardzo ciężkiej pracy, powstało miejsce, które już teraz znane jest niemal wszystkim w naszym kraju, uprawiającym ten sport. Poza ludźmi z Jelcza-Laskowic, wpadają także inni, między innymi z Opola, Marcin Rot z Wrocławia, Szymon Godziek, który jest sponsorowany przez Red Bulla oraz wielu innych utalentowanych zawodników. Chwalą oni nie tylko sam Dirt Park, ale także naszą cichą, jak sami mówią, chill-outową miejscowość.
Lecisz – spadasz
Dirt Jumping, jak każdy sport ekstremalny, wymaga odpowiedniego zabezpieczenia. Poza porządnym kaskiem, chroniącym głowę, koniecznie są też ochraniacze – usztywniacze na kostki, rękawice, nakolanniki. To chroni przed poważnymi kontuzjami. Wiadomo jednak, że otarć i zadrapań nie można uniknąć. Jak mówi Maciek, na hopie trzeba być pewnym siebie i przezornym. Jeśli już ma się odwagę zrobić jakąś sztuczkę, trzeba też liczyć się z jej konsekwencjami i ewentualnie przyjąć odpowiednią pozycję przy upadku. To minimalizuje urazy.


Maciek radzi też, by na początku przygody z rowerem nie wykonywać zbyt karkołomnych manewrów, szczególnie na konstrukcjach, których nie mieliśmy okazji wypróbować. Najlepszą metodą jest „metoda małych kroczków”, która pozwala w końcu dojść do oczekiwanych rezultatów.
Trening czyni mistrza
Oczywiście, treningi w Ratowicach nie służą tylko rozwijaniu umiejętności dla własnej satysfakcji. Wspólnie z ekipą, Maciek uczestniczył już w zawodach w Wałbrzychu, Przasnyszu (gdzie także pomagał w zbudowaniu dirt parku), Lublinie i Jeleniej Górze. Planują cały lipiec trenować przed kolejną imprezą w Szklarskiej porębie, która ma odbyć się w dniach 12-14 sierpnia. Następny w planach jest Zgorzelec, tydzień później. Wielkim marzeniem Maćka jest też zorganizowanie zawodów w Ratowicach, na Dirt Parku, który zbudował nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich pasjonatów dirt jumpingu. Trzymamy kciuki, by udało mu się to zrealizować! (KM)








